Polonius: Nowe Ustalenia

Kiedy rok temu oddawałem do druku „Widziałem Oblężenie Warszawy” z posłowiem, w którym przedstawiłem moje prywatne śledztwo nad prawdziwą tożsamością autora, nie spodziewałem się, że jeszcze tyle może wydarzyć się w tej sprawie.

Kwiecień 2018 roku, Dworzec Centralny w Warszawie. Po pięciu godzinach spędzonych w pociągu z Piły witam się z panem z siwym, starannie przyciętym wąsem:

– Michał Bojańczyk, bardzo mi miło!

Człowiek, który bardzo mi pomógł w rozwikłaniu zagadki Poloniusa. Mąż jedynej żyjącej w Polsce spadkobierczyni rodu Neumanów.

Wsiedliśmy do czarnego, dużego auta i pojechaliśmy na cmentarz żydowski na Powązkach. Tutaj zaczynała się historia rodu Neumanów.

– Zaraz wpadnie mój syn, Antonii – powiedział po odebraniu telefonu.

Faktycznie, pojawił się wysoki człowiek o przenikliwym spojrzeniu. W swoim garniturze, okularach wydał mi się bankowcem albo dziennikarzem. Jakże się myliłem, ale w ty momencie to było zupełnie nieważne, byliśmy trzej fascynatami dzieła Poloniusa.

Cmentarz Żydowski… Niezwykłe doznanie. Jak to zwykle na cmentarzach żydowskich, człowiek ma wrażenie, że czas zatrzymał się tu sto lat temu. Oaza w szalonym pędzie życia. Zaduma nad przemijaniem…

Nagrobki sprzed stu lat: Wawelbergowie, Goldfederowie, no i wreszcie Neumanowie.

Cmentarz Żydowski w Warszawie

Niesamowite uczucie, jakby kapsuła czasu przeniosła nas do tego miejsca.

– Dziwne, hitlerowcy nie zrównali tego miejsca z ziemią… – Michał dzieli się refleksją. Ja też dziwię się…

Spotykamy nagle Żyda  w tradycyjnym stroju, który tu przyjechał z Izraela i nie mówi ani po angielsku ani w żadnym innym języku oprócz Jidysz. A więc to tak wyglądali sto lat temu w Warszawie, Wilnie, Lwowie…

Nie dane mi było tego nigdy doświadczyć. Ani nikomu z mojego pokolenia.

W tych pięknych okolicznościach przyrody… wyciągam z plecaka dzieło Poloniusa z 1941 roku. Panowie robią sobie zdjęcia. Mam wrażenie, że dopiero teraz doceniają moją pracę nad przekładem. Ale mam dla nich jeszcze jedną niespodziankę: z zielonego plecaka wyciągam przetłumaczone i wydrukowane dzieło Poloniusa. Szorstkie, sprzed dwu lat, z „pierwszego tłoczenia”, bez korekty i wygładzenia, ale jest.

Przodkowie Poloniusa

Grzesiu, mój przyjaciel wydrukował je takim jakie  było w swojej kancelarii w nakładzie pięciu zblindowanych egzemplarzy. Teraz okazały się bezcenne!

Robią sobie zdjęcia z oryginałem książki, z tłumaczeniem. Miejsce jest do tego jak najbardziej adekwatne.

Po pożegnaniu się z Antonim, jedziemy w Warszawę: musimy dotrzeć na Willową 5, miejsce gdzie mieszkała rodzina Poloniusów.

– To tam, ja postaram się zaparkować auto – Michał wysłał mnie w nieznane. Typowa warszawska ulica, zatłoczona autami i wszelkim ruchem ulicznym.

Podszedłem do willi. Powiewała nad nią flaga Królestwa Filipin. Zza krat okalających dom  schodziła po schodach piękna, młoda dziewczyna w jeansach i T- shircie. Jej nieco skośne oczy, czarne, długie włosy nie pozostawiały wątpliwości co do pochodzenia.

– Przepraszam, czy mogę zrobić kilka zdjęć tego domu? – zapytałem po angielsku.

– Zapytaj w środku… – odpowiedziała z czarującym uśmiechem i poszła dalej. Odprowadzając ją wzrokiem  zapytałem przez domofon i otrzymałem pozwolenie.

– To nie ten dom! –  pan Michał, który zaparkował auto sprowadził mnie na ziemię już po kilku ujęciach. – To ten naprzeciwko!

Faktycznie: Willowa 5.

A więc to jest dom Neumanów…

Dom Neumanów – Willowa 5

Tutaj rozgrywały się te wszystkie wydarzenia, opisane przez Poloniusa: taras, gdzie ustawiono ckm i wybito kilka kolumienek aby zwiększyć pole ostrzału; imponująca wieża, na której wojsko urządziło zapewne punkt obserwacyjny. Piękny, odnowiony dom, a raczej pałac.

Chodziłem wokół jak urzeczony: przecież to musieli być bogacze! To nie willa, to pałac! Tym większy szacunek dla Poloniusa, że nie obnaża się ze swoim bogactwem, wręcz przeciwnie: zauważa małego Antosia, pomaga w gaszeniu pożaru biednego, żydowskiego sklepu,  bezinteresownie bierze udział w gaszeniu pożaru desek… Pomaga zawsze i chętnie w Wiązownie, Lidzie , Wilnie  i zapewne wszędzie, gdzie los go rzuci, choćby były to Filipiny…

Willowa 5 od strony ogrodu

Wsiadam do wielkiego Jeepa i jedziemy w stronę Wiązowny. Mam świadomość, że tędy jechali Neumanowie na początku września 1939 roku, ale… ta cała nowoczesność: maszyny robót drogowych, krzyczące telebimy, to wszystko nie pozwala mi cofnąć się w czasie i nie pozwala na refleksję.

Mój Boże, ile czasu i zachodu zajęło mi odtworzenie tej trasy ze starej książki. Punkty orientacyjne sprzed osiemdziesięciu lat, dawno nie istniejące. Ale świadomość, że tędy właśnie mozolnie posuwał się niewielki Austin z matką Wandą, panią Rikielową, jej córką Marylką, Zulą i Poloniusem sprawiała, że za wszelką cenę starałem się wyobrazić sobie, jak wąska i zatłoczona była wtedy. Rozparty w wielkim aucie myślę, jak ciasno musiało im być w piątkę w małym, sportowym aucie…

Wreszcie Wiasno czyli  Wiązowna i pałac Neumanów: stoimy za ogrodzeniem; owszem, jest i bryła budynku, ale gdzieś tam w oddali, skryta za krzakami i drzewami. Robię kilka zdjęć, zapewniając Michała, że mam kilka pięknych ujęć, żeby jakoś nie uznał, że przywiózł mnie tu nadaremno.

– Zajedziemy jeszcze od strony końca parku, to niedaleko- zapewnił.

Znajdujemy się na  polnej drodze przy niekończącej się siatce ogradzającej jakiś bardzo zapuszczony park.

Byłbym ostatnim człowiekiem, który wszedłby tam dobrowolnie w to gorące, kwietniowe południe.

– Wchodzimy? – spojrzenie mojego towarzysza, wyzywająco łobuzerskie po tym, gdy odkrył dziurę w siatce ogrodzenia.

– Wchodzimy! – potwierdziłem wbrew samemu sobie.

Dobre kilkanaście minut błądzenia wśród zdziczałych drzew i krzaków. Skoki nad strumykami przecinającymi dawny park. Stara PRL-owska latarnia, milcząca i niepotrzebna  towarzyszka wiekowych sosen i brzóz, relikt czasów, gdy w dworku rezydował jakiś ośrodek gierkowski.

Wreszcie nagroda za podrapane łydki i przemoknięte buty: dworek Neumanów od strony ogrodu. Szerokie schody pokryte pokoleniami zgniłych liści prowadzące w górę, na znajomy ze zdjęć z czasów świetności taras, na którym odbywały się rauty i zdjęcia do przedwojennych filmów.

Dworek Neumanów od strony parku

Jakże to musiało być dawno: zapomniane od człowieka i przejęte przez naturę nie tylko schody ale także fasada budynku wygląda jak trup. Wykruszone kolumny, liszaje elewacji odsłaniające zmurszałe , czerwone cegły, duże, półkoliście zakończone okno, któremu odpuszczone było dopiero po wybiciu wszystkich szyb…

– Ile trzeba by włożyć w to, żeby przywrócić budynek do stanu używalności… Dużo? – spoglądam na mojego towarzysza. Kiwa głową potwierdzając niemym uśmiechem.

Front budynku wygląda lepiej, mimo szpecącej go pół-latarni z czasów późnego Gierka zwisającej z balkonu górującego nad podjazdem. Podchodzę do solidnych drzwi wejściowych. Wyglądają na oryginalne. Żadnemu żołdactwu widocznie nie opłacało się ich forsować. Solidne, odsłaniające pokolenia farb zużytych na ich pomalowanie.

Robię zdjęcie frontu pałacyku. Dopiero później, z książki Marka dowiem się, że stoję dokładnie w tym samym miejscu, z którego ktoś osiemdziesiąt lat temu zrobił fotkę jego ojcu, bratu Poloniusa, który siedział tu na białym koniu na tle frontu pałacyku…Tuż przed wojną, nie wiedząc, ze są to ostatnie chwile ich świetności i potęgi, która za chwile rozsypie się jak domek z kart. Ale tymczasem jest 1938 i nic nie wskazuje na katastrofę.

To samo miejsce po 80 latach

– Czy wie pan, gdzie były szklarnie?- pytam Michała. Odwraca się i pokazuje puste już dzisiaj miejsce.

– Co z nimi? – łobuzerskie czy może ciekawskie spojrzenie nie znika mu z twarzy.

– Według Antosi, czyli książkowej Zuli, ich kuzynostwo spędziło tam trochę czasu w nocy kopiąc, a raczej zakopując coś. Może warto by było tam poszperać?- rzucam w powietrze. – Zresztą, Polonius wspominał o licznych kopaczach w parku. Trudno się dziwić zresztą, ludzie zakopywali co cenniejsze rzeczy wobec niepewnego jutra przed wyruszeniem w dalszą drogę.

Ten wielki park musi skrywać niejedną niespodziankę!

Ruszamy dalej. Po wizycie w lokalnej bibliotece docieramy na cmentarz. Idziemy pouczeni wskazówkami facetów w zieleni, zajmującymi się grobami.

Oto jest: grób tych trzech lotników z Karasia, którzy tak dzielnie walczyli z Me 110 pilotowanego przez znanego z bestialstwa Warrelmanna, tak zwanego pilota.

Wtedy jeszcze, w 1939 nie mieliśmy jak i czym stawić im czoła. Czas i karma przyszła rok później, kiedy piloci z polskich dywizjonów posyłali takich Warrelmannów do diabła, do piekła, na dno Kanału. Często ci sami, którzy jeszcze rok temu musieli w bezsilności zaciskać pięści patrząc na równe szyki niemieckich samolotów niosących setki bomb na polskie miasta.

Ale był rok 1939.

Stoimy nad grobem trzech bohaterskich lotników na cmentarzu w Wiązownej. Niedaleko grób Powstańca Styczniowego, inne mogiły z lat wojny.

Grób lotników

Wracamy do Warszawy.

Pozostało mało czasu do odjazdu mojego pociągu, więc siadamy na Centralnym w kafejce. Michał funduje kanapki i kawę. Rozmawiamy o rodzinie Poloniusów, kiedy niespodziewanie wyciąga rękę w moją stronę:

– Michał.

Czuję się tak, jakbym został przyjęty do rodziny Poloniusów, o której tyle przecież wiem, z którą spędziłem tyle lat, tłumacząc książkę.

Staram się nie pokazać, jak jestem wzruszony.

– Marek- podaję rękę.

Żegnamy się, kiedy niespodziewanie słyszę:

Pleased to meet you!

Jestem tak zmęczony I ogłupiały, że uśmiecham się tylko w odpowiedzi i…pędzę na peron trzeci.

Wkrótce Michał poleciał do Londynu. Powodem był ślub…syna Marka Neumana.

Nie wiedziałem wcześniej, że oni się znają. Ale w końcu nie musiałem spodziewać się, że powiedzą mi o wszystkim.

Mark jest synem książkowego Felixa, czyli Franciszka Neumana, ułana, któremu Polonius dedykował książkę i o którego tak się martwił, że wybrał się  nie zważając na ostrzał i padające pociski na piechotę z Mokotowa do centrum Warszawy z nadzieją uzyskania jakiejkolwiek informacji o bracie.

Michał napisał mi o reakcji Marka na wiadomości o książce Poloniusa. Reakcji, która mnie bardzo zaskoczyła.

Mark był…bardzo sceptyczny, twierdził, że to niemożliwe, że chodzi o jego ojca. Nigdy bowiem…nie słyszał o książce Poloniusa, dedykowanej jego ojcu!

Zdawało mi się, że już wszystko w tej sprawie jest poukładane, okazało się jednak, że tylko tak mi się zdawało.

Wkrótce Mark przyleciał do Polski. Powodem był ślub syna Michała. Przywiózł ze sobą książkę: „Franek’s War Journal 1939-1945”.

Dziennik wydany przez Marka

Oto szukając w starym biurku Mark znalazł cztery zeszyty ze szwedzkiego  Y.M.C.A. Okazały się być zapiskami ołówkiem jego ojca z czasów pobytu w oflagu oraz  relacją z marszu śmierci, na który popędzili ich Niemcy, zarządzający obozem jenieckim, w którym kilka lat niewoli spędził Franciszek Neuman.

Ale szokujące było coś innego. Kiedy nawiązałem kontakt z Markiem i wysłałem mu wydane przez Rebis tłumaczenie książki dedykowanej jego ojcu, otrzymałem w zamian przepięknie wydane dzienniki Franka.

„Franek’s War Journal” są dwujęzyczne: po polsku i angielsku. Perełka edytorska, bardzo starannie wydana i opracowana. W kieszonce na okładce kilka zdjęć i… kopia przedwojennego prawa jazdy Franka Neumana.

Ale dla mnie co innego było najważniejsze: opis podróży autem matki nad morze w sierpniu 1939 roku. Przecież o tym właśnie pisał Polonius w swojej książce! Brat i siostra pojechali autem matki nad polski Bałtyk. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Poloniusowie, a raczej Neumanowie posiadali mieszkanie w Gdyni!

A więc kolejne potwierdzenie faktów z tekstu Poloniusa! On też pisał o tym, że w sierpniu 1939 rodzina rozjechał się na letnie wakacje: on z matką udał się na południe, w polskie góry podczas gdy Franek i Antosia pojechali matki autem nad polskie morze.

Podczas pobytu w Polsce Mark przywiózł ze sobą egzemplarz oryginalnego dzieła swojego stryja, wydany w 1941, zakupiony zapewne na jakiejś aukcji. Widzę go na zdjęciu przed Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, gdzie stoi wraz z dyrektorem tej placówki eksponując do kamery dwie książki.

Ta wydana jego sumptem jest dla mnie bezcenna: zawiera kilka zdjęć, o które bezskutecznie zabiegałem przez te wszystkie lata przygody z Poloniusem.

Matka Poloniusa

Matka: Wanda Neuman, szczupła, wąska w biodrach czarnooka kobieta; jedno ze zdjęć „ strzelone” jakby przypadkiem zapewne w parku w Wiązownej w czasach świetności.

Ojciec: pojawia się na jednym zdjęciu: niewielki człowieczek w garniturze wśród gości na tle charakterystycznych okiennic w dworku w Wiązownej.

Brat: Franciszek na białym koniu przed frontem pałacyku: te same okiennice i podpis o tym, że zasłynął także z naprawy motocykla w salonie… Trochę przysadzisty jak na ułana, facet z wąsikiem…

Franciszek

Antosia

Kiedy wdarliśmy się z Michałem na teren dworku, zrobiłem kilka zdjęć. Nie mogłem wtedy przypuszczać, że jedno z nich jest kopią tego sprzed niemal osiemdziesięciu lat; stałem dokładnie w miejscu fotografa, który zrobił zdjęcie Frankowi na białym koniu…

Siostra: bezcenne dwa zdjęcia książkowej Zuli, czyli Antosi Zofii Neumanówny. Młoda kobieta w marynarskich spodniach i białej koszulce polo, oparta rękami o kolana i patrząca w oko kamery. Wkrótce wchłonie ją niemiecka machina śmierci, ale tu jeszcze uśmiechnięta i ufna w przyszłość… Antosia, tenisistka…

Polonius… Tak, jest wreszcie zdjęcie Andrzeja Marcina Neumana, Poloniusa!

Po raz pierwszy widzę go na zdjęciu. Tak właśnie wyobrażałem sobie autora „Widziałem Oblężenie Warszawy”: typ urzędnika, łysawy pan gładko zaczesany z wąsikiem w jasnym prochowcu, okularach. Nic z zadziorności, waleczności. Stoi na tle palmy, zdjęcie zapewne zrobione podczas pobytu w Exeter.

Andrzej Marcin Neuman vel Polonius

Prawie wszystko złożyło się w całość. Prawie…

Pytam Marka o Poloniusa,  Andrzeja Neumana. Przecież bracia spotkali się po wojnie w Anglii?

– Tak, ale nie byli specjalnie zżyci… Mój ojciec i stryj, Marcin Neuman, mimo, że obaj mieszkali w Londynie, spotykali się sporadycznie, raz, dwa razy w roku… Na święta czy Wielkanoc?

– Ale przecież Polonius zadedykował książkę bratu?

– Przez tyle lat nic o tym nie wiedzieliśmy, dopiero ty wyskoczyłeś z tłumaczeniem…

– Nie wiedziałeś o książce dedykowanej twojemu ojcu, bratu Poloniusa?!

– Nie, nigdy o tym nie mówiło się w domu. Nigdy…

– …?!

 

Zdjęcia rodziny Neumanów pochodzą z książki autorstwa Marka Neumana „Franek’s War Journal 1939 – 1945”. Dziękuję za możliwość umieszczenia ich na stronie.

Share this:

Ur.1962 w Drawsku Pomorskim. Filolog, absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Były nauczyciel języka angielskiego. Zajmuje się pisaniem na tematy historyczne i turystyczne. Odkrywca i tłumacz nieznanych w Polsce dzienników z oblężenia Warszawy w 1939 roku pt. “I Saw the Siege of Warsaw” oraz autor powieści sensacyjnej “Czas Zemsty”.